Jakiś czas temu powiedziałem, że oddałbym duszę diabłu za spróbowanie pewnego wina. Niedawno przypomniałem sobie to zdarzenie. Co zrobiłbym, gdyby nagle zmaterializował się przede mną Diabeł, w jednej ręce trzymałby butelkę, w drugiej cyrograf…
Rzecz jasna, nie podpisałbym niczego ot tak, bo nadarzyła się okazja, mino wszystko chyba nie ma wina, aż tyle dla mnie wartego, z pewnością nie bawiłbym się też w tłumaczenie z figur retorycznych. Co pozostaje? Dalsze negocjacje.
Smak absolutny? A może jakieś „super moce”? Coś co da wymierne korzyści w dłuższym okresie czasu (przynajmniej do momentu zapłaty duszą). Moja wyobraźnia poszybowała, znalazłaby się nie jedna rzecz bądź umiejętność warta duszy, przynajmniej w moim mniemaniu.
Zupełnie inną kwestią jest zabezpieczenie. Może niekoniecznie byłaby to klauzula mówiąca o Rzymie, imieniu czy żonie, dwa razy nawet Diabeł nie nabiera się na to samo. I wtedy przyszła refleksja, a co jeśli on będzie chciał wykręć mi numer, to można założyć z całkiem sporym prawdopodobieństwem.
Oczami wyobraźni zobaczyłem siebie jako kloszarda żebrzącego na butelkę podłego jabola i wrzeszczącego kalumie na każdego kto odmówi kilku groszy… Śmierdzącego obdartusa który mógłby zatrzymać Ziemię i poruszyć Słońce… gdyby tylko nie stracił słuchu, bo jego moc uaktywnia się podczas słuchania, dajmy na to - dzwonka rowerowego…
Pogrążony w ponurych myślach spotkałem pod nocnym Regała próbującego namówić mnie na sponsoring jego „kolacji”. Wymachiwał łapskami, więc zauważyłem brak małego palca u dłoni, zagadany oznajmił, że odgryzł mu go jakiś bezdomny pies… Hm… Nie zamierzałem wnikać w prawdziwość tej historii, jak również sponsorować czegokolwiek więc ruszyłem w swoja stronę.
Konkluzje? Po kilku dniach wciąż mam siniaki i kilka obtarć, więc od razu nasuwa się jedna - tematów wartości duszy i zabezpieczenia negocjacji z Diabłem nie należy rozpatrywać w nocy, gdy jest się po kilku browarach i wraca się do domu na rowerze za słuchawkami na uszach.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz