czwartek, 12 maja 2011

#29. Kraków

Wahałem się, data wyjątkowo mi nie pasowała i to nie dlatego, że wypada piątek 13-tego. Miałem prowadzić degustacje, która się nie odbędzie i w ogóle nie wiadomo czy kiedykolwiek będzie... W zasadzie będzie ale inna, przeniesiona z 14-tego (bo wcześnie była przesunięta o dzień), no i poprowadzi ją koleś z zewnątrz, ale Licho chce, żebyśmy my ją prowadzili razem z tym kolesiem... Bzdura na resorach.


W każdym bądź razie, cieszę się, że niczego nie odwołałem. 


Wycieczka obejmuje trzy punkty. Po pierwsze - Wiosenny Salon Win Domu Wina, wiem czego się spodziewać, jednak przyjemnie będzie spróbować win na które mnie nie stać. 
Druga sprawa jest bardziej tajemnicza - otóż zostałem zaproszony do "jakiegoś" nieformalnego klubu sommelierów, który ma dopiero powstać i w piątek jest jego pierwsze spotkanie. Hm... 
Na deser wizyta u Rodziców. Nie byłoby w tym nic specjalnego, gdyby nie fakt, że pojadę do nich ze Stokrotką. He he he, ma dziewczę stresa i bardzo dobrze, skoro jest taka pomysłowa to niech wypije piwa które naważyła.


Konkluzja? To nie będzie sielanka. Salon i spotkanie z "klubie" są o tej samej godzinie po przeciwnych stronach miasta. Noc spędzimy na jakiejś studenckiej komunie, a Starych nie widziałem ponad dwa lata, więc będą ciągnąć za język. No i Stokrotka, która na wyjazdach włącza szósty bieg...

czwartek, 28 kwietnia 2011

#28. Bez nadzieji...

Zbudujemy DOM - wspaniała idea. Będzie wielki, solidny i... piękny... Będzie miał mnóstwo pomieszczeń i kilka pięter, będzie wygodny, bezpieczny... Tak! Tego nam trzeba! Nikt się przecież temu nie sprzeciwi, bo kto nie chciałby mieć DOMU... Takiego wspaniałego, Prawdziwego, którego wszyscy będą zazdrościć... Już zacieramy ręce. Ach! Toż to będzie prawdziwa rezydencja! Z ogrodem i tarasem, i co nam tam, z basenem!
Zmęczeni, ale jakże usatysfakcjonowani opadamy na mokrą ściółkę, gdzieś na skraju gęstego, ciemnego lasu. Zapada zmierzch, jest chłodno, w oddali słychać pomruki zbliżającej się burzy.
Rozglądamy się z niepokojem - trzeba rozpalić ognisko. O tak... wielkie ognisko, ono da nam ciepło, rozproszy ciemności. Czy ktokolwiek mógłby być przeciw?
Rozkosz rozsadza nam umysły, wpadamy sobie w objęcia. To trzeba oblać! Takiej okazji nie można zostawić o suchym gardle... Ale nie będziemy pić wody - nie jesteśmy zwierzętami! Opijemy swoją wódką! Och! To dopiero idea! Zrobimy wódkę, której wszyscy będą nam zazdrościć...


Myślę, że nie za daleko mnie poniosło. Nakręcam się na jakiś pomysł, zarywam noce przygotowując materiały pod projekty i co? Piękne idee nimi pozostają, bo nie wystarczy je wyartykułować, żeby się zmaterializowały. Określenie celów jest bardzo ważne ale trzeba pamiętać o środkach, narzędziach, o osobach, które je zrealizują. Czy tylko ja dostrzegam bezsens bezowocnego bujania w obłokach? Dziś nawet to wytknąłem - efekt - jak grochem o ścianę... Nie było tematu...


Problemem nie jest brak pomysłów, chęci, umiejętności. Odnoszę wrażenie, że ci ludzie boją się pokazania prawdziwych możliwości, bo a nóż ktoś będzie wymagał ich na co dzień... Mogę próbować zrozumieć Niebieskie Ptaki uciekające przed szarzyzną domowych obowiązków w kieliszek i wesołe towarzystwo. Nie kumam jednak osoby, która to wymyśliła, wyłożyła pieniądze a zostanie - żeby tylko - z długami...


Każdy dzień pracy zaczyna się tak samo - na pełnym gazie, każdy kończy pytaniem - co ja tu robię.







niedziela, 24 kwietnia 2011

#27. Świeta cz.2

Co tu dużo pisać, właśnie skończyłem gotować żurek. Chcę czy nie, jutro zjem śniadanie wielkanocne i będzie to dopiero początek atrakcji tego wspaniałego dnia...

W żadnym wypadku nie mam zamiaru przyznawać się do kapitulacji - "przechodzę na z góry ustalone pozycje".

Zresztą kilku godzinne obżarstwo połączone z nic-nie-robieniem to, jakby nie było mój żywioł.







piątek, 15 kwietnia 2011

#26

Jakiś czas temu powiedziałem, że oddałbym duszę diabłu za spróbowanie pewnego wina. Niedawno przypomniałem sobie to zdarzenie. Co zrobiłbym, gdyby nagle zmaterializował się przede mną Diabeł, w jednej ręce trzymałby butelkę, w drugiej cyrograf…  

Rzecz jasna, nie podpisałbym niczego ot tak, bo nadarzyła się okazja, mino wszystko chyba nie ma wina, aż tyle dla mnie wartego, z pewnością nie bawiłbym się też w tłumaczenie z figur retorycznych. Co pozostaje? Dalsze negocjacje.

Smak absolutny? A może jakieś „super moce”? Coś co da wymierne korzyści w dłuższym okresie czasu (przynajmniej do momentu zapłaty duszą). Moja wyobraźnia poszybowała, znalazłaby się nie jedna rzecz bądź umiejętność warta duszy, przynajmniej w moim mniemaniu.

Zupełnie inną kwestią jest zabezpieczenie. Może niekoniecznie byłaby to klauzula mówiąca o Rzymie, imieniu czy żonie,  dwa razy nawet Diabeł nie nabiera się na to samo. I wtedy przyszła refleksja, a co jeśli on będzie chciał wykręć mi numer, to można założyć z całkiem sporym prawdopodobieństwem.

Oczami wyobraźni zobaczyłem siebie jako kloszarda żebrzącego na butelkę podłego jabola i wrzeszczącego kalumie na każdego kto odmówi kilku groszy… Śmierdzącego obdartusa który mógłby zatrzymać Ziemię i poruszyć Słońce… gdyby tylko nie stracił słuchu, bo jego moc uaktywnia się podczas słuchania, dajmy na to  - dzwonka rowerowego…

Pogrążony w ponurych myślach spotkałem pod nocnym Regała próbującego namówić mnie na sponsoring jego „kolacji”. Wymachiwał łapskami, więc zauważyłem brak małego palca u dłoni, zagadany oznajmił, że odgryzł mu go jakiś bezdomny pies…  Hm… Nie zamierzałem wnikać w prawdziwość tej historii, jak również sponsorować czegokolwiek więc ruszyłem w swoja stronę.

Konkluzje? Po kilku dniach wciąż mam siniaki i kilka obtarć, więc od razu nasuwa się jedna -  tematów wartości duszy i zabezpieczenia negocjacji z Diabłem nie należy rozpatrywać w nocy, gdy jest się po kilku browarach i wraca się do domu na rowerze za słuchawkami na uszach.

niedziela, 10 kwietnia 2011

#25. Zaległości

Pisanie bloga za pomocą telefonu jest iryrujące. Z drugiej strony, jestem w pracy a nic się nie dzieje.

Postanowiłem reaktywować bloga o winie. Wzieło mnie z kilku powodów: po pierwsze, w miescie pojawił sie znajomy, ktory ostatnio wytknął mi zaniedbanie. Po drugie, jestem na etapie porządkowania dokumentow na komputerze, zamierzam zmienic system operacyjny i archiwizuje wszystko co ma jakąś wartość, tak odnalazłem stare teksty do publikacji na wyżej wymienionym blogu. Po trzecie i chyba najważniejsze, moja obsesja na punkcie anonimowości jakby trochę odpuściła. Zacząłem sobie zdawać sprawę z możliwości jakie daje dobrze poprowadzony blog. Myślę oczywiście w kontekście promocji własnej osoby.

Na ile wystarczy mi zapału, to się szybko okaże...

poniedziałek, 7 lutego 2011

#24.

Stokrotka wpada jak burza, jest roztańczona, rozśpiewana i szczęśliwa jak nigdy. Wyrwany z drzemki potrzebuje trochę czasu, żeby załapać o co biega. I zaczyna się, opowieści, relacje i plany, dużo planów; planów krótkoterminowych i długoterminowych…

Eh, Stokrotka opanowuje moje życie,  nawet w tej chwili gdy to piszę jest w pobliżu.

Nowy rok przynosi nowe emocje i nowe trudniejsze wybory. Może nie tyle trudne co ostateczne, po wybraniu drogi, nie będzie możliwości odwrotu, więc stoję w miejscu i patrzę w każdą ze stron.

Czas ucieka, trochę za szybko.